poniedziałek, 29 lipca 2019

Tatry Wysokie: Lodowa Przełęcz

Data: 29 czerwiec 2019 r.

Dosyć dużo upłynęło już czasu od mojej ostatniej wizyty w Tatrach, bo z tego co kojarzę był to luty i  Chatka Teryego. A tu znów szykuje się wycieczka  w moją ulubioną słowacką część Tatr Wysokich, na najwyżej położoną przełęcz w Tatrach gdzie przebiega szlak turystyczny (2372 m.n.p.m.)- Lodową Przełęcz. Na całą wędrówkę trzeba zarezerwować sobie ok. 8 godzin + dojazd do Tatranskiej Javoriny.  Poniżej link z kalkulatora szlaków



Do Jaworowej Doliny docieramy ok. 7 rano z małymi perturbacjami. Jedna z pasażerek i ja źle znosimy jazdę serpentynami. Kilka kilometrów przed celem, zawirowania żołądkowe powodują, że musimy zrobić mały postój. Po jakimś czasie ruszamy ponownie z miejsca i po kilkunastu minutach wyruszamy przepiękną doliną w ponad 2-godzinny marsz. Początkowo idziemy dosyć szeroką drogą, wzdłuż Jaworowego Potoku, potem wchodzimy w głąb doliny.


Ale jest pięknie w słowackiej części Tatr! Pogoda, mimo,  że rano było nam troszkę zimno, potem zrobiła się idealna. Przejrzystość 100 %, lekki wiaterek, i ok. 20 stopni C. Pierwszych turystów spotykamy dopiero po ok. 3 godzinach marszu, zaraz po opuszczeniu Doliny Jaworowej.


Niestety dzisiaj wszystko przeciwko mnie. To, że było mi niedobrze w samochodzie to małe piwo.. Bo właśnie przed największą górą, przed tak naprawdę rozpoczęciem na dobre wspinaczki odkleiła mi się do połowy podeszwa w lewym bucie...! Po 10 latach wiernej służby moje trekkingi uległy rozkładowi... Przez 10 minut trzymałam się zdania, że tu kończę dzisiejszą wędrówkę i poczekam na resztę, ale towarzyszki nie dawały za wygraną. W końcu sznurówką przywiązałyśmy podeszwę do górnej części obuwia i w drogę!;D Takich cudów jeszcze nie było.. Muszę teraz szczególnie uważać, żeby dyndająca podeszwa nie zaczepiła się o skały.:P
Widoki jako jedyne dziś były po naszej stronie;)


Wędrówka Lodową Doliną to jedna wielka przyjemność dla oczu! Po drodze mijamy jeszcze  lazurowy Żabi Staw Jaworowy  i królujące nad nim Jaworowe Turnie . Głębokość stawu to ok. 11.5 m.


W żlebach jeszcze zalega tegoroczny śnieg. Poniżej widok na majestatyczne Jaworowe Turnie. Tutaj przed laty rozegrala się jedna z największych tragedii w dziejach taternictwa. Mowa tu o Klimkau Bachledzie, pierwszym członku TOPR-u, który spiesząc na ratunek turyście sam zginął, porwany przez kamienistą lawinę ( historia wydarzyła się w sierpniu 1910 r. na ścianie Małego Jaworowego Szczytu).


Podejście na Lodową Przełęcz to ok. 3 godzin wędrówki płaską Doliną, a reszta czyli ponad 2 godz. to dosyć katorżnicze podejście. W końcu po 5,5 godz. stajemy na Lodowej Przełęczy. Stąd wiedzie nieoznakowana ścieżka ( wyjście tylko z przewodnikiem) na Lodowy Szczyt. Wielu turystów schodzi drugą, zachodnią stroną do Lodowej Dolinki. Trzeba uważać, gdyż na szlaku zalega praktycznie cały rok śnieg, widzę ze wielu wędrowców ubiera raki, gdyż zejście jest dosyć niebezpieczne. To tym szlakiem można zejść do schroniska Teryego w którym gościłam jakieś pół roku temu.



Na Lodowej Przełęczy robimy ok. półgodzinny odpoczynek. Bardzo mocno wieje i robi się zimno. Po nacieszeniu swych oczu widokami, ruszamy w powrotną trasę, tym samym szlakiem. O wiele ciężej schodzi mi się z tą oderwaną podeszwą, gdyż co chwilę zahaczam o jakiś kamień. Dlatego schodzę bardzo, bardzo powoli. Po dwugodzinnym zejściu znów wchodzimy do Jaworowej Dolinki, tym razem wędrówka nią, zwłaszcza w końcowej fazie staje się bardzo wykończająca, monotonna i nie do zniesienia.



Ok. 16 znajdujemy się już na parkingu. Tutaj zostawiam swoje buty i wracam w samych skarpetkach. Tak zasłużonym trekingom należy się godne miejsce "spoczynku" i dobrze się stało, że wydarzyło się to w Tatrach Wysokich i w dodatku na Słowacji. 
Przepiękny dziś był dzień, pełen wrażeń i obfitujący w niezapomniane widoki!:)